Zmiany, czyli prościej, mniej, lepiej.

piątek, 11 grudnia 2015

Dawno mnie tu nie było, ale nie przez zaniedbanie. Nastąpiły zmiany w moim życiu i pewne przewartościowania. Jeśli jesteście ciekawi - zapraszam na mojego nowego bloga:

www.prostaidea.pl


Piracki skarb w Jastarni

sobota, 27 czerwca 2015



Trudno Wam będzie w to uwierzyć, ale znaleźliśmy skarb. A konkretniej, to znalazł go Pit już drugiego dnia naszego pobytu w Jastarni. Jak stwierdził: "Pierwszy raz mi się to zdarzyło!", jakby znajdywanie skarbów było normalką. Wcześniej czy później każdy jakiś znajdzie.

Mimo, że Jastarnia jest typowo turystyczną miejscowością, to przed sezonem jest tam całkiem przyjemnie. I nawet, jeśli tak jak ja, chowasz dzieci ciepło, tzn. czapki noszą przynajmniej do kalendarzowego lata, a boso biegają dopiero przy trzydziestu stopniach, to tam, siedemnaście stopni jest temperaturą akurat na plażowanie. Trzeba liczyć się też z dużym prawdopodobieństwem wiatru urywającego głowy, ale od czego są parawany? Pierwsze kilka dni chodziliśmy jeszcze w długich spodniach, ale uwierzcie mi, że później spiekaliśmy się na raka rozebrani jak w lecie. Jest tam jakiś mikroklimat, który sprawia, że mniej marzniesz i nie masz ochoty na mięso, tylko na ryby.





Za osłoną parawanu, zaraz na początku pobytu, Piotrek wypatrzył w piachu butelkę. Taką zwykłą, po winie. A w niej? Mapa skarbów! Coś, co moje dziecko uwielbia. Szaleje za książkami, w których są takie mapy, a na nich koniecznie krzyżyk oznaczający miejsce ukrycia skarbu. Na tej mapie też był, tym bardziej szczęście Pita było ogromne. Moje też, bo jak dziecko się cieszy, to i matka. No i liczyłam, że jak już znajdzie skarb, to coś mi z niego skapnie.





Ponieważ była z nami nad morzem ulubiona Ciocia, to Piotrek z nią podążył, zgodnie ze wskazówkami mapy, za skarbem. Nie okazało się to jakimś trudnym zadaniem - piraci się nie wysilili. Był krzyż ułożony z patyków, a jakże. I, co najważniejsze, skarb też był. Zakopany. Nie za głęboko. W puszce po herbacie. Była biżuteria i monety. Niestety papierowe, bo, jak Pit wydedukował, ten skarb został ukryty przez pirata - dziecko. Monety zostały wycięte z papieru pomalowanego na złoto i srebro. Bardzo solidna robota ;)











Tym sposobem, przez dwa tygodnie dziecko przeżywało, że znalazło prawdziwy piracki skarb. Opowiadał wszystkim, że znalazł butelkę, a później sam odszukał miejsce jego ukrycia. Pękał z dumy. Ja byłam wdzięczna piratom, że zafundowali mu taką radochę. Może nic sobie nie kupię za te monety, ale przynajmniej mamy teraz pieniążki do zabawy w sklep. Już nie musimy płacić klockami. Możemy ćwiczyć dodawanie, wydawanie reszty. Czyli dobrze pirat - dziecko kombinował: taki skarb też ma swoją wartość, a jego odnalezienie to wspaniała przygoda.





10 mądrości z lasu

piątek, 24 kwietnia 2015

 

Uciekliśmy ostatnio na kilka dni do lasu. Do Białowieży konkretnie. Żeby żubry dzieciom pokazać też, ale głównie, to żeby się trochę zresetować w jakiejś dziczy. Dla mnie to było za krótko. Dopiero zaczęłam się cieszyć tym luzem, a już nastał dzień powrotu. Ale nic to. Idzie lato, będziemy się resetować coraz więcej.

Poza tym, że trochę odpoczęłam od gotowania i sprzątania, to nauczyłam się kilku cennych rzeczy:
  1. Żubry mają w dupie, że jechałaś 300km, żeby je zobaczyć. Może machną Ci ogonem z daleka.
  2. Ryś to nie kot z pędzelkami na uszach. To ogromny kot z pędzelkami na uszach.
  3. Plastikowa żaba jest lepsza od prawdziwej. I to koniecznie chińska. 
  4. Najlepsza pamiątka z Białowieży to NUNCZAKO. Dobrze, że drewniane. Prawie ekologiczne ;)
  5. Zawsze bierz wodę dla dziecka na spacer. Jak pożyczysz, a ono napuszcza statków, to będzie kwas.
  6. Weź paczkę cukierków i wydzielaj dziecku po jednym co godzinę - zostaniesz jego najlepszym przyjacielem.
  7. Myślisz, że masz ciężko? Ropuchy muszą nieść swoich facetów do wody na plecach.
  8. Nawet jak przejedziesz 1000km, to to, co zaprzątało Ci głowę przed wyjazdem zostanie tak samo blisko.
  9. Da się wytrzymać kilka dni z marnym zasięgiem i bez dostępu do FB i instagrama.
  10. Ba! Jak zapomnisz wziąć telefonu na kilkugodzinny spacer, to świat się nie wali. Biznes też nie upada.









 



Tyle widzieliśmy żubra (nie licząc maskotek i drewnianych żubrów w mieście)








I oby ta nauka nie poszła w las!

A miało być tak pięknie

niedziela, 29 marca 2015




Od dawna na to czekałam. Po pół roku siedzenia z dwójką dzieci w domu, oczami wyobraźni widziałam tą sielankę, kiedy zabiorę ich do Fiki. Pit będzie się bawił na sali zabaw, a Mat zje i odpłynie w błogim śnie. Ja w tym czasie, nie mogąc zająć się domem, zasiądę w fotelu z pysznym ciastem na talerzu i czajniczkiem herbaty. Wreszcie nadszedł czas kiedy mama może odpocząć, wyjść do ludzi i troche odsapnąć.

Tak się złożyło, że swoją działalność w Lublinie zaczyna Dekoramika. I tak się złożyło, że pierwsze zajęcia były w Fice. Uznałam, że to dobry moment na nasz pierwszy raz we troje. Wzięliśmy ze sobą jeszcze Ciocię. Do towarzystwa i tak na wszelki wypadek.




Dzieki Bogu za Ciocię! Mały nie spał w ogóle, bo dużo ludzi, bo nowe miejsce, bo hałas. Piotrek wybrał biskwita do malowania, ale potrzebował pomocy. Ciocia artystka okazała sie niezastąpiona. A po malowaniu, to już tylko na zmianę z płaczem i karmieniem Małego były zachcianki i potrzeby starszego.









Skończyło się na tym, że Pit wsuwał swoje i cioci ciasto, a ja, bez ciasta, żeby było szybciej, podsuwałam do żucia Małemu co miałam pod ręką. Najbardziej mu przypasował skórzany pasek od aparatu. Generalnie, poza tym, że pot mi po plecach ściekał, kiedy na ramieniu nosiłam torbę, aparat i dziecko, a drugą ręką próbowałam zapłacić za ciasto, tłumacząc pewnemu delikwentowi, że Elmera kupimy innym razem, to dzień zaliczam do udanych. Nic to, że nie spróbowałam tego pysznego ciasta z owocami. Zobaczyłam za to rewelacyjnie przygotowane zajęcia plastyczne dla dzieci. Marika, która je prowadzi, włożyła w nie całe serce i sporo wysiłku.





Dekoramika to mobilne studio malowania ceramiki. Dzieciaki dostają do wyboru gotowe formy ceramiczne (biskwity) i malują je specjalnymi farbami. Po wypaleniu w piecu jest to w pełni użytkowa ceramika. Ceramiczne naczynia (bo do wyboru są też kubki, dzbanki, maselnice itd) można myć w zmywarce i można z nich śmiało jeść.
Na pierwszych zajęciach było rewelacyjnie - każde dziecko miało swoje stanowisko pracy: specjalną obracającą się podkładkę pod formę, pędzle, paletę kolorów do wyboru, fartuszek, kubeczek i oczywiście wsparcie Mariki. Na koniec każdy dostał specjalny kupon upoważniający do odbioru pracy za kilka dni.










Jeśli bywacie w Fice, to na pewno zauważyliście nową witrynę w drzwiach. To są właśnie biskwity Mariki. Jeśli nie bywacie, to zacznijcie, bo to najfajniejsze miejsce dla dzieci w Lublinie. Może dlatego tak uważam, że dziewczyny, jako pierwsze, odważyły się otworzyć w Lublinie klubokawiarnię dla dzieci wypełnioną pięknymi, wartościowymi zabawkami, a nie plastikowymi piłkami. Moja wizyta nie odbyła się zgodnie z planem, ale od tego są plany, by je dostosowywać do zastanej rzeczywistości.  Następnym razem będzie lepiej!






Back To Top